Czy istnieje prawdziwa przyjaźń między kobietą, a mężczyzną? Zdania na ten temat są podzielone. Czy zatem przyjaźń pomiędzy dawnymi kochankami jest w ogóle możliwa? Sprawdzam to każdego dnia...
Męczyłem się psychicznie jeszcze dobry tydzień, ale nie widząc żadnych zmian w zachowaniu „B”, ani jakiejkolwiek inicjatywy, czy choćby dobrej woli żeby zmienić zaistniały stan rzeczy, postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Chciałem możliwie jak najprościej pokazać możliwe alternatywy, a te zawęziły się ostatnio właściwie do dwóch opcji. Albo nam obojgu zależy żeby uratować to co nas przez lata łączyło, albo kończymy zabawę i próbujemy żyć dalej już bez siebie. Stanu zawieszenia, w który „B” wpędziła naszą relację nie potrafiłbym znieść ani dnia dłużej...
Mylił się ten, kto sądził, że tamten spacer zmienił cokolwiek między nami. Tak naprawdę jedynie wzbudził we mnie jeszcze większe wątpliwości. Nie potrafiłem zrozumieć jak „B” może przejawiać tak skrajne zachowania. Jednego dnia jest zdystansowana i chłodna, a drugiego tuli się do mnie jak gdyby nigdy nic. Raz mówi mi, że czuje iż nasz związek osiągnął kolejny, wyższy, pełniejszy pułap, by po kilku tygodniach potrzebować przerwy. Nie radziłem sobie ze zmiennością jej nastrojów, co oczywiście wpływało na ogólny klimat naszych widzeń w pracy, bo nie potrafiłem robić dobrej miny do złej gry. Ja czułem, że ona się oddala, ona z kolei widziała, że zachowuję się inaczej. Pogubiłem się zupełnie...
Przerwa najwyraźniej dobrze służyła „B”. Właściwie to w jej postawie nic się nie zmieniło, bo nadal była zdystansowana i chłodna, ale teraz mogła przynajmniej przestać się przejmować tym, że rani mnie swoim zachowaniem i tak też zrobiła. Ja mogłem jedynie obserwować jej beztroskę z zaciśniętymi zębami. Ostatecznie to był przecież mój pomysł, a nie jej...
Psuć zaczęło się między nami dużo wcześniej. Nasza emocjonalna sinusoida uległa zniekształceniu. Coraz dłuższe okresy kiedy było źle przeplatane były coraz krótszymi etapami poprawy. Schemat był zawsze podobny – cztery/trzy/dwa tygodnie sielanki, a potem niespodziewane zwiększenie dystansu i chłód emocjonalny ze strony „B” bez żadnych namacalnych przyczyn takiego obrotu sprawy. Za każdym razem było mi trudniej walczyć widząc pogłębiającą się obojętność. Czułem jedynie zrezygnowanie i narastającą frustrację z powodu własnej bezsilności. Gdzieś w połowie roku nadszedł moment, kiedy nie mogąc psychicznie wytrzymać kolejnego oddalenia zapytałem „B”, czy jeszcze zależy jej na utrzymaniu naszych bliskich relacji...
Nie ma już "B" i "M". Nasza historia właśnie dobiegła końca. 5 listopada minęłyby trzy lata od wysłania przeze mnie pamiętnego sms-a, który zapoczątkował to wszystko, lecz dziś dowiedziałem się, że nie ma sensu ratować tego, czego nie można ocalić. Trzy lata. To niemal jedna dziesiąta mojego życia, jedna dziesiąta przeżytych dni, jedna dziesiąta emocji i doświadczeń. Czuję jakby ktoś ostrym narzędziem wykrawał ze mnie tę pokaźną część, a jednocześnie odczuwam dziwną ulgę, że to co nieuchronnie musiało nastąpić, w końcu się wydarzyło...
Krótko po naszej rozmowie spotkaliśmy się w domu „B”. Było czule, trochę melancholijnie, wręcz ckliwie. Tuliliśmy się do siebie, jakbyśmy chcieli, żeby w tej właśnie pozycji zastał nas koniec świata. Żadne z nas nie zamierzało rozluźnić uścisku, mimo iż kolejne kwadranse mijały nieubłaganie. Seks tego dnia także był „inny” niż zazwyczaj i stanowił jedynie przypieczętowanie uczuć, które do siebie żywiliśmy. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać nigdy nie wątpiłem w prawdziwość miłosnych wyznań „B”, ale to chyba właśnie owe dwa dni ostatecznie rozwiały ostatnie szczątkowe wątpliwości jakie mogły się jeszcze tlić gdzieś w zakamarkach mojej podświadomości. Szkoda jedynie, że na tak krótki moment...
W dni, które „B” spędzała z „S”, nasza więź przestawała istnieć. Zupełnie jakby jej nigdy nie było. Ja nie odzywałem się do „B”, bo „S” był o mnie zazdrosny, a „B” nie odzywała się do mnie z tego samego powodu – by nie drażnić „S”. Kompletna cisza na łączach. Po wydarzeniu z poprzedniej notki również dni poprzedzające ich spotkania oraz te bezpośrednio po nich stały się dla mnie na wpół martwe. Świadomość ich bliskości, dzielenia wspólnych chwil zaczęła zatruwać moje myśli do tego stopnia, że nie umiałem tego ukryć. Na ten czas stawałem się cichy, wycofany i niejako nieobecny. Nie potrafiłem okazywać „B” czułości, ani adorować na każdym kroku w takim samym stopniu jak zazwyczaj. Poczucie ich emocjonalnej i fizycznej zażyłości skutecznie tłumiło wszelkie przejawy moich uczuć. Ta zasada najprawdopodobniej odpowiadała „B”, gdyż sama od zawsze miała problem z tym specyficznym dualizmem wynikającym ze zdublowania jej życia emocjonalnego. Czasami tylko nie potrafiła rozgryźć dlaczego w poniedziałki, po weekendach spędzonych przez nią z „S” byłem lekko osowiały i nie do końca potrafiłem odwzajemniać jej entuzjazm.
Mój stosunek do „S” był od zawsze negatywny, choć na ile mogłem próbowałem to ukrywać. Czułem, że oficjalnie powinienem go tolerować na zasadzie wzajemności, tak jak „B” tolerowała moją żonę. Nie mniej nigdy nie wzbudzał on we mnie pozytywnych emocji, nawet wtedy, gdy z „B” nie łączyło mnie jeszcze nic poza przelotną znajomością. Kiedy pomiędzy nami pojawiła się nieoczekiwanie namiętność, która przerodziła się w trwały, choć niestabilny romans, ten lustrzany układ z „S” w roli głównej zaczął mi przeszkadzać. Początkowo udawało mi się zachować dystans, niejako wyprzeć „S”, ale im bardziej angażowałem się emocjonalnie, tym bardziej ciążyła mi świadomość jego istnienia i wszystkich konsekwencji z tym związanych. Stopniowo, gdzieś głęboko we mnie zaczęła rodzić się niechęć, podsycana barwnymi komentarzami „B” obrazującymi wspólnie spędzane chwile, a nawet szczegóły ich pożycia. Trzymałem owe negatywne uczucie na smyczy i w kagańcu. Zdawało mu się co prawda raz na jakiś czas wyrwać na świat w postaci kąśliwego przytyku, czy jadowitej uwagi, ale jednak trzymałem je na uwięzi. Aż nadszedł taki dzień, kiedy monstrum zerwało się z postronka...
To, co początkowo przyjmowałem z lekkim niedowierzaniem i przeświadczeniem o nadciągającej nieuchronnie kolejnej wolcie naszej znajomości, o dziwo trwało w najlepsze. Widywaliśmy się każdego dnia, a jednak nie zauważałem, by „B” odczuwała przesyt mojej obecności. Wręcz przeciwnie – korporacyjna codzienność podsycała w nas tęsknotę za chwilami, które moglibyśmy spędzić tylko we dwoje. Zupełnie przypadkiem i niechcący osiągnęliśmy coś, co było moim marzeniem przez długie miesiące. Osiągnęliśmy pewnego rodzaju stabilizację.
Nie będziecie zaskoczeni jeśli powiem, że niezbyt długo wytrwaliśmy w przyjacielskiej abstynencji? Okazało się, że korporacyjna koegzystencja niesie ze sobą nie mniej pokus, niż ukradkowe spotkania sam na sam. Szybko odkryliśmy jak organizować sobie pracę tak, żeby z każdego dnia wykrawać jak najwięcej przerw, jak obejść zabezpieczenia, by zainstalować komunikator internetowy i jak prowadzić podczas lunchu gorący flirt jedynie za pomocą gestów i spojrzeń, tak by nikt z obserwatorów się nie zorientował. A kiedy już udało nam się rozgrzać wzajemnie do czerwoności zaczęliśmy znów spotykać się po pracy albo wieczorami...